wtorek, 29 września 2015

Rozdział I

I Cienie przeszłości

            –  Nayah, skarbie. Chodź do mnie –  delikatny głos mamy odbijał się echem w moich uszach, trafiał do mojego serca, rozbijając je doszczętnie na kilkaset malutkich kawałeczków.
            Wiedziałam. Wiedziałam, że to jest tylko sen, koszmar z którego mimo usilnych prób nie mogłam się obudzić. Głos ten jednak mnie nęcił, kusił obietnicą odnalezienia tak upragnionego przeze mnie spokoju duszy. Tak bardzo tęskniłam.
            Musiałam jednak uciekać. Nie wiedziałam przed czym, ale moje nogi same odbijały się od ziemi, niosły w nieznane mi strony. Chociaż próbowałam się zatrzymać, rozciągający się przede mną korytarz zdawał się nie mieć końca. A gdy już mi się to udawało, znajome głosy rozbrzmiewały w mojej głowie, budząc do życia demony z którymi tak bardzo walczyłam. W dzień starałam się ich nie dopuszczać do siebie, ale gdy nadchodziła noc, wraz z nią zbliżały się także i one.
            W końcu udało mi się całkowicie zatrzymać, aby złapać nieco tchu. Płuca paliły od ciągłego biegu, serce waliło jak oszalałe, zagłuszając mój nerwowy oddech. Wykończona, oblepiona potem, bezwiednie oparłam dłonie o ścianę, aby się uspokoić. Jednak gdy spróbowałam znaleźć oparcie, ściana w jednej chwili rozpadła się pod moim dotykiem, zamieniając się kupę gruzu i ukazując jednocześnie znajdującą się za nią czarną dziurę, przybierającą dziwny kształt koła. Przestraszona tym odkryciem, przez chwilę nie byłam wstanie się poruszyć, jakby w oczekiwaniu na to, co miało się stać. Nagle jak za dotknięciem różdżki obraz się uformował i… mogłam w nim zobaczyć samą siebie.
            To jednak przeraziło mnie bardziej niż którekolwiek z moich koszmarów. Wyglądałam dosłownie jak trup. Włosy, ubrudzone ziemią spływały z moich pleców, odkrywając poszarpaną bliznę na moim ramieniu. Oczy były nienaturalnie zielone, twarz blada niczym kość słoniowa a zamiast zwykłej pidżamy miałam na sobie białą koszulę nocną, splamioną krwią. Gdyby nie iskierki życia w moich oczach, pomyślałabym że naprawdę jestem martwa a to miejsce to zaświaty.
            Jednocześnie nie mogłam pozbyć się wrażenia, że już kogoś w takim stanie widziałam. Te włosy, oczy… to byłam ja i jednocześnie nie ja. Obrazy przed moimi oczami nasuwały się niemalże automatycznie: widziałam salę szpitalną, pielęgniarki śpieszące się do niej i… moją matkę. W dniu jej śmierci.
            I właśnie wtedy w ,,lustrze’’ zobaczyłam JĄ, uśmiechającą się w moją stronę tak jak wtedy, gdy przychodziłam do niej w odwiedziny. Przerażona, nie byłam w stanie wykonać żadnego ruchu.
W jednej chwili zrozumiałam, czemu właśnie teraz przypomniałam sobie tamten dzień. Miałam rację. To nie byłam ja, tylko postać mojej mamy z sali szpitalnej! Już na widok koszuli nocnej domyślałam się, że to ona. W końcu sama jej tą koszulę dostarczyłam! 
Kiedyś tata stwierdził, że jesteśmy jak dwie krople wody. Te same włosy, sylwetka, styl bycia. Nie myślałam jednak, że jest to tak bliskie prawdy.
I chyba dlatego to było tak przerażające. Nigdy w życiu tak mocno niczego się nie bałam, chociaż wiedziałam że to tylko mary senne. Z trudem odzyskałam wolną wolę i cofnęłam się od tego przerażającego obrazu. Jednak, wtem nagle straciłam grunt pod nogami  i osunęłam się w ciemność.

–  Navayah Potter, wstawaj! –  ktoś wrzasnął mi do ucha, nerwowo potrząsając moim rozedrganym ciałem.
Przez chwilę nie byłam wstanie zrozumieć czy to sen czy jawa. Sparaliżowana przez strach i otumaniona mackami koszmaru, delikatnie wyciągnęłam rękę w stronę znajomych brązowych oczu i odetchnęłam z ulgą, czując znajomy zapach ziół i pieprzu.
–  Isai? Isaiah, to ty? –  spytałam, jednocześnie mrugając powiekami, aby obraz przed moimi oczami nabrał ostrości.
Widok znajomej twarzy Isaiaha Longbottoma sprawił, że po moich policzkach spłynęły łzy. Choć normalnie zapewne bym tego nie zrobiła, zdrętwiałymi rękami chwyciłam go za szyję i przytuliłam do siebie, aby poczuć jego kojące ciepło. Nie obchodziło mnie nawet to, że byłam ubrana jedynie w swoją nieco podziurawioną pidżamę. Mimo chęci, nie mogłam zapomnieć widoku mojej matki- jej uśmiechu, głosu. Wszystko to zostało mi odebrane. Tylko bliskość mojego przyjaciela powstrzymywała mnie od kolejnej histerii i szlochu, który ponownie zatrząsł moim ciałem. Tylko dzięki resztkom woli udało mi się nie rozpłakać. Nie chciałam okazać słabości. Nie teraz.
Zdziwiony moim nietypowym zachowaniem, dopiero po chwili odwzajemnił uścisk i zaczął głaskać mnie po włosach, abym mogła się uspokoić. Z twarzą wtuloną w materiał jego bluzy, zaczęłam nieco dochodzić do siebie po tym, co się stało.
 Z troską w oczach Isaiah odsunął mnie od siebie tak, że patrzył mi wprost w moje oczy.
–  Co się stało? Straszliwie zbladłaś.
– Koszmar –  szepnęłam, zachrypniętym od emocji głosem–  Ja… wi…widziałam ją. Moją matkę.
Na tą odpowiedź Isai najwidoczniej nie wiedział co odrzec. Jego mina mówiła sama za siebie –  wyraźnie nie chciał się ze mną podzielić swoją opinią. Wiedział, że wspomnienie Ginewry Potter nigdy nie działało na mnie zbyt dobrze. Można rzecz, że wręcz katastrofalnie.
–  Nay…jesteś pewna, że to była ona? Zresztą, przecież to był tylko sen, nic więcej. Jej tutaj nie ma, sama dobrze o tym wiesz.
Niestety Isai miał rację. Wiedziałam o tym aż za dobrze. W końcu byłam przy niej w momencie jej śmierci.
Ale mimo to nie mogłam się pozbyć wrażenia, że to nie była jedynie zjawa senna.
–  Nie wiem, Isai. Ten sen był… zbyt realistyczny. Może będzie lepiej jeśli o tym zapomnę. Jej widok… to było zbyt przerażające. A tak właściwie, co tutaj robisz? –  spytałam, aby zmienić nieco temat i uświadamiając sobie jednocześnie, że obydwoje siedzimy w moim pokoju. A Isai raczej nie wyglądał na kogoś, kto przyszedł tutaj zaledwie kilka minut temu.
Co prawda nie podejrzewałam go o żadne niecne zamiary, ale sama jego obecność była wystarczająco dziwna. Zwłaszcza, że przecież do końca tygodnia miał być w Irlandii u swoich dziadków. Z tego co mówił, wręcz nalegali, aby przybył do nich przed wyjazdem do Hogwartu. Czemu więc był tutaj tak wcześnie? I to jeszcze u mnie.
–  Izzey i Iris do mnie dzwoniły. Powiedziały, że nie jest z tobą najlepiej. Podobno biłaś się wczoraj z Rose. To prawda?
Ze zirytowania miałam ochotę po raz kolejny zakopać się pod pościelą i nie wychodzić. Miałam nadzieję, że moja ,,groźna’’ mina ostudzi jego ciekawość, jednak nadal niewzruszenie wpatrywał się we mnie, oczekując na odpowiedź. Podciągnęłam kolana pod brodę i objęłam je ramionami, aby ukryć rumieńce zawstydzenia. Po jakie licho bliźniaczki dzwoniły do Isaia?
 –  Już zaraz pobiłam. Po prostu w bezpośredni sposób pokazałam jej, co myślę o wtrącaniu się w nie swoje sprawy.
Isaiah wzniósł oczy ku niebu.
 –  Taak, jasne. Tak się składa, że długo przed tym jak cię obudziłem, spotkałem w korytarzu Teddy’ego, opatrującego sine oko Rose. Bardzo chętnie wyjaśniła, że uderzyłaś ją za to, że zwróciła ci uwagę, abyś nazywała Hermionę ,,mamą’’.
Na te słowa ścisnęłam dłonie w pięści  a moje włosy zafalowały. Gdyby to było możliwe, mogłabym zabijać samym spojrzeniem. Nie cierpiałam, gdy ktokolwiek wspominał o tej wiedźmie, która zniszczyła moją rodzinę. Która przyczyniła się do tego, kim teraz jestem i w mniemaniu Rose miałam nazywać ,,mamą’’. Może dla niej to było coś prostego (w końcu była jej rodzoną córką), ale ja prędzej wskoczyłabym do Zakazanego Lasu w samej pidżamie i bez różdżki niż tak ją nazwała.
 Nim zdołałam się powstrzymać, iskra mocy dosłownie wypadła z moich palców i uderzyła wprost w wiszący naprzeciwko nas plakat zespołu Paramore, wypalając w nim małą dziurę. Biedna Hayley, straciła pół twarzy.
Isaiah dla bezpieczeństwa przesunął się nieco bardziej na bok i odsunął kosmyk ciemnobrązowych włosów, opadający mu na oczy.
– Okay… to może już o tym nie rozmawiajmy? Wybacz, ale chcę wyjść stąd żywy.  Poza tym  –   tu spojrzał na swój zegarek na ręku –  nie chcę cię pośpieszać, ale najlepiej abyś za dwadzieścia minut była już gotowa do wyjścia.
Gotowa do wyjścia?
–  Gdzie? –  spytałam, niezdarnie wyplątując się z pościeli.
–  Izzey i Iris będą czekać na nas w kafejce rodziców. Postanowiły, że najlepiej będzie jeśli cię na chwilę wyciągniemy z domu. Masz coś przeciwko?
Brak mojego głupiego ojczulka, jego wszechwiedzącej żony i durnowatego przyrodniego rodzeństwa? Co za głupie pytanie!
–  Daj mi dziesięć minut! –  rzuciłam, biegnąc z rzeczami w stronę łazienki.
Może przynajmniej to pozwoli mi zapomnieć o tym głupim koszmarze.

            ________________________________________________

            –  Isaiah! –  wrzasnęłam z wyrzutem, kurczowo zaciskając powieki przed wiatrem, uderzającym mnie prosto w twarz.
            W ciągu chwili pożałowałam swojej decyzji o życiu proszka Fiuu. Podróż ta choć trwała zaledwie kilka sekund, sprawiła że żołądek owinął się wokół mojego gardła a uszy bolały od wdzierającego się brutalnie wiatru. Niczym szmaciana lalka, zostałam dosłownie wypchnięta z ciemności i rzucona wprost na mokrą od deszczu ścieżkę, biegnącą przez ulicę Pokątną.
            Obolała od twardego lądowania, spróbowałam podnieść się z miejsca, gdy wtem Isaiah upadł prosto na mnie, przygniatając mnie swoim ciężarem. Nie był może gruby, ale jednak miał w sobie trochę ciałka, przez co bezskutecznie zaczęłam się pod nim szarpać. Choć reszta przechodniów nas ignorowała (zapewne takie przypadki zdarzały się dosyć często), to jednak para drugoroczniaków stojących niedaleko nas nie szczędziła sobie złośliwości. Zamiast nam pomóc, przyglądała się z ciekawością zaistniałej sytuacji i szeptała coś między sobą przyciszonymi głosami. To tylko jeszcze bardziej mnie rozzłościło i sprawiło, że wreszcie udało mi się wydostać spod mojego przyjaciela i odetchnąć. Płuca paliły mnie tak samo jak policzki, które nabrały szkarłatnego odcienia. Dawno nie czułam się tak zażenowana.
            Isaiah natomiast jak gdyby nigdy nic, z uśmiechem wstał z podłoża i szarmancko wyciągnął do mnie rękę:
            –  Pani pozwoli? –  spytał, figlarnie poruszając przy tym brwiami. Na ten widok dzieciaki zaśmiały się pod nosem.
            Jednak na ich nieszczęście miałam bardzo dobry słuch. Ignorując gest Isaia, zwróciłam się w stronę naszych obserwatorów, posyłając im (mam nadzieję) jadowite spojrzenie. Mimo, że z pozytywnym skutkiem niemalże uciekły na bezpieczną odległość, nadal słyszałam ich prostacki śmiech.
            –  Przysięgam, że jeśli spotkam tych dzieciaków w Hogwarcie, to zamienię ich we wstrętne jaszczurki! –  warknęłam, przeczesując palcami moje rude włosy, aby doprowadzić je do w miarę normalnego stanu.
            Na ten widok Isai nie mógł powstrzymać uśmiechu a ja… no cóż, nie mogłam go nie odwzajemnić, mimo tego że przed chwilą miałam ochotę go porządnie zbesztać. Nieważne co Isaiah by zrobił, miał w sobie tą irytującą słodkość, która potrafiła go wybawić z najgorszych kłopotów. Czasami mu jej zazdrościłam a czasem… miałam ochotę go za to zdzielić po głowie.
            –  Masz szczęście, że twój śmiech jest zaraźliwy. Serio, nie mogłeś nas przetransportować nie wiem… może wprost do stolika?
            –  Ciekawe tylko kto mnie popędzał, aby jak najszybciej się ulotnić z pokoju, gdy usłyszałaś kroki Hermiony. Czy naprawdę nie możesz jej nieco… nieważne, nic nie mówiłem –  dodał, widząc moją minę pod tytułem ,,lepiej już nie pogarszaj swojej sytuacji’’.
            Niestety dzięki tym słowom mój dobry humor nieco przygasł. Z jednej strony zrobiło mi się głupio, bo miał rację –  gdybym go nie popędzała, nie zaliczylibyśmy tak fatalnego lądowania. Mimo to nie miałam ochoty o czymkolwiek rozmawiać z moją macochą, zwłaszcza po tej całej akcji z Rose. Na pewno znowu by próbowała swoich psychologicznych sztuczek, aby ,,polepszyć nasze niezbyt ciepłe relacje’’, co było sporym niedopowiedzeniem. Stwierdzenie, że jej nie lubię byłoby zbyt delikatne. Ja jej wprost nie cierpiałam.
            Najwidoczniej Isai zrozumiał po mojej minie, że popełnił straszne faux pas, ponieważ szybko otworzył przede mną drzwi i popchnął, aby mnie wybudzić z ponurych rozmyślań i wprowadzić do pomieszczenia. Wiedział, jak kojąco działało na mnie to miejsce.
            A czemu? Ilekroć zadawałam sobie to pytanie, wystarczy że wchodziłam do środka kawiarenki ,,’’ i już wiedziałam, czemu tak jest. Było to niejako miejsce mojego dzieciństwa. Po przeprowadzce z Dover, to państwo Clearwater jako jedyni potrafili się ze mną obchodzić. Przynajmniej dwa razy w tygodniu zabierali mnie wraz ze swoimi córkami: Iris i Izzey do tego miejsca i pozwalali nam się bawić, z zastrzeżeniem, aby niczego nie popsuć.
            Dlatego też niemalże wszystko tutaj nosiło znamiona naszych dziecinnych zabaw: porysowane stoliki, przystrojone eleganckimi serwetkami, krzesła ,,przyozdobione’’ narysowanymi przez nas motylkami (oczywiście pod nadzorem pani Clearwater) czy żyrandol w kształcie rozwiniętego kwiatu lilii, z którego zwisały poprzeplatane łapacze snów wraz z kolorowymi kryształami, odbijającymi światło podające z lamp, umieszczonych po bokach. Nawet na drewnianej podłodze gdzieniegdzie jeszcze pozostały resztki naszych malunków, obecnie przykrytych grubą warstwą lakieru. Wszystko to połączone ze smakowitym zapachem ciasteczek pani Clearwater przywodziło mi na myśl moje pierwsze szczęśliwe dni po tragedii, którą przeżyłam i z której nie mogłam się otrząsnąć do dziś…
            Stop, Naya, stop. Potrząsnęłam ledwo zauważalnie głową, aby pozbyć się ponurych myśli, po raz kolejnych obijających się po mojej głowie niczym natrętne muchy. Nie ma sensu po raz kolejny wspominać tego co było. Nie teraz, gdy byłam w jednym z niewielu miejsc w którym mogłam odnaleźć spokój. Na melancholię będę mogła sobie pozwolić w moim dormitorium, gdzie dzięki magii nikt nie usłyszy mojego płaczu.
            Starając się zachować resztki optymizmu, przywitałam się ze stołującymi się znajomymi (starannie omijając panią Weathers, zapewne czekającą aby po raz kolejny pochwalić się swoim nowym szalem z lisiej skóry) i skierowałam się w stronę lady, aby złożyć zamówienie.
            Jednak słysząc znajome kroki po lewej stronie, zrobiłam szybki unik w momencie, gdy roześmiana Izzey próbowała jak zwykle mnie przewrócić, trzymając w dłoniach jednocześnie swoją tacę na zamówienia. Dzięki temu zamiast na mnie, wpadła na Isaiaha, który w dosłownie ostatniej chwili zdołał ją złapać i zachować jednocześnie równowagę. Na ten widok parę postronnych osób wraz ze mną zaczęło śmiać się i jednocześnie klaskać:
            –  Dwa na dziesięć! –  krzyknął Sam Fallow, na co parę osób przytaknęło.
            Wraz ze stałymi bywalcami kawiarenki wymyśliliśmy sobie zabawę w jurorów. Jako, że Izzey niejednokrotnie próbowała mnie przewracać czy przestraszyć (ta dziewczyna ma bardzo specyficzne poczucie humoru), często poddawaliśmy jej wybryki ,,ocenom’’ i wybieraliśmy te najlepsze. Co prawda była to nieco dziecinna zabawa, ale nie można być przez cały czas poważnym, prawda?
            Izzey wymierzyła mi kuksańca i poklepała strapionego Isaiaha po ramieniu.
            –  Wybacz, Isai. Ta mała była zbyt szybka.
            –  Kogo nazywasz małą? –  parsknęłam śmiechem, przybijając z nią piątkę. –  Wybacz, ale ten scenariusz stał się przewidywalny. Poza tym jesteś zbyt głośna.
            –  To nie moja wina, że ta podłoga ma już swoje lata –  dla potwierdzenia słów nacisnęła stopą na deski, przez co rozległo się lekkie skrzypnięcie. Z zawadiackim uśmiechem, poprawiła roztrzepane blond włosy i wskazała ręką na nasze zwyczajowe miejsce –  Dajcie mi minutkę i zaraz do was dołączymy. Za kilka chwil powinni się pojawić nasi zmiennicy.
            –  A gdzie Iris? –  spytał Isai, z ciekawością rozglądając się za siostrą bliźniaczką Izzey. Zwykle Iris kręciła się pomiędzy stolikami, dlatego nieco zdziwiła go jej nieobecność. Zresztą, mnie także.
            –  Iris musiała pojechać wraz z mamą po zakupy –  wyjaśniła, wzruszając ramionami –  Tata przez pośpiech kupił za mało produktów, dlatego niektórzy nadal czekają na swoje zamówienia. Szczęście, że są na tyle wyrozumiali, że grzecznie oczekują na swoje dania.
            –  Chwileczkę, więc jesteś tutaj sama? Nie licząc oczywiście Katii  i twojego taty–  spytałam, nieco zmartwiona zmęczoną miną Izzey.
            Izzey co prawda była dość pracowita, ale sama długo nie pociągnie z taką ilością gości. Wierzyłam w jej słowa, lecz jak długo klienci mogą czekać? A przecież ani jej tata, zajmujący się głównie sprawami papierkowymi ani Katia, zajmująca się głównie deserami i nieopuszczająca kuchni, nie mogli jej przyjść z pomocą.
               –  Może ci pomóc? –  zaproponowałam z troską. Czasami dorabiałam u państwa Clearwaterów, więc wiedziałam mniej więcej co i jak.
            Dziewczyna jednak pokręciła głową.
            –  Dam radę, spokojnie. Poza tym, patrzcie już są –  powiedziała na dźwięk małego dzwoneczka, zawieszanego u drzwi z których wyłoniły się postaci Iris i pani Clearwater, obładowanych torbami.
            Na ten widok pośpiesznie zbliżyliśmy się do dziewczyn i pomogłyśmy im z zakupami. Wdzięczna za pomoc Iris, z ulgą na twarzy oddała mi dwie obładowane po brzegi kolorowe torby i zwróciła  swoje błyszczące zielone oczy w stronę siostry.
            –  Hej, Izz. Poradziłaś sobie bez nas?
            –  Jak widzisz kawiarenka jeszcze stoi na swoim miejscu, więc odpowiedź brzmi ,,tak’’. Poza tym nie było was aż tak długo.
            –  Doprawdy? –  wtrąciła się pani Clearwater, uwalniając ściśnięty pod wełnianą czapką warkocz ciemnobrązowych włosów. – Bo dla mnie to trwało o wiele za długo. O, Isai i Naya. Chodźcie no tutaj do mnie –  z uśmiechem odstawiła zakupy na wolny stolik i zamknęła nas obydwoje w swoim niedźwiedzim uścisku. Kto by pomyślał, że tak drobna osoba ma tyle siły?
            Jednak to w niej tak kochałam. Z szerokimi uśmiechami odwzajemniliśmy uściski, po czym delikatnie wyplątaliśmy się z jej objęć.
            –  Cześć, ciociu Lynn. Jak się masz? –  spytałam z ciekawością.
            Niestety przez wakacje nie miałam czasu zbyt często zaglądać do tej kawiarenki a zwłaszcza rozmawiać z ciocią Lynn. Przez całe lato zdążyłyśmy jedynie wymienić kilka zdawkowych słów, gdy wpadałam do domu państwa Clearwaterów a bardzo lubiłam z nią rozmawiać. W takich momentach, gdy obydwie siadałyśmy w przytulnym saloniku i popijając gorące kakao, rozmawiałyśmy o rzeczach niezwykle błahych, czułam się tak jakbym znowu była w rodzinnym gronie. Jakbym miała drugą matkę.
            Lynn poczochrała mnie po włosach i wzruszyła ramionami.
            –  A bywa, kochanie. Szkoda, że do nas tak często nie mogłaś wpadać.
            –  To prawda –  stwierdziłam  z przekąsem.
            No cóż, gdyby to zależało jedynie ode mnie, to wolałabym przesiedzieć całe wakacje w domu moich przyjaciółek niż znowu wyjeżdżać na dwa tygodnie do Włoch w celu ,,zintegrowania się z rodziną’’. I tak, to kolejny wymysł wspaniałej Hermiony Nie wiem skąd moja macocha brała te szalone (i niezbyt udane) pomysły.
            –  Gdzie położyć zakupy? –  odezwał się ktoś, głębokim głosem.
            Isaiah stojący obok mnie zesztywniał ze zdziwienia na widok znajdującego za Lynn Daniela, spokojnie przypatrującego się nam znad opadających czarnych włosów. Jego ciemne oczy wręcz przeszywały nas wzrokiem a na twarzy widniał charakterystyczny ponury uśmiech, który bynajmniej nie przysparzał mu przyjaciół a jedynie kłopoty.
            Tak, Daniel Zabini był… niezwykle specyficznym człowiekiem. Nasuwało mi się jednak do głowy tylko jedno pytanie: co on tu u diaska robił?! Nie to, że go nie lubiłam, ale Daniel zwykle preferował jakieś speluny, gdzie mógł spokojnie zatopić swe smutki niż to miejsce. Zresztą, w życiu nie słyszałam, aby wiedział o tym miejscu.
            Izzey zauważając malujące się na naszych twarzach zdziwienie, posłała w jego stronę delikatny uśmiech i powiedziała:
            –  Dani, może pójdziesz nieco pomóc Katii? Biedaczka, pewnie się już nie daje rady.
            Daniel pokiwał głową i ledwo zauważalnie kiwając nam głową na powitanie, przepchnął się przeze mnie oraz Isaiaha w stronę kuchni, kurczowo przyciągając do siebie torby z zakupami. Pozornie wydawał się spokojny, lecz jego usta zaciśnięte w wąską kreskę i nerwowe ściskanie torebek mówiło same za siebie. Nie był bynajmniej zadowolony z naszego spotkania.
            Isai w przeciwieństwie do mnie otrząsnął się z chwilowego oszołomienia i pomógł zmartwionej moim milczeniem Iris z zakupami.
            –  Ja to wezmę. Może pokażą mi panie, gdzie mam to zanieść a dziewczyny sobie porozmawiają? Izzey i Navayah mają chyba sobie coś do powiedzenia.
            –  Oczywiście –  odrzekła Lynn, z wyblakłym uśmiechem przyglądając się mojej minie.
            Iris chwyciła matkę za rękaw, po czym cała trójka po chwili zniknęła za ladą. Izzey, ignorując niezadowolenie niektórych klientów, usadziła mnie przy wolnym stoliku i przeczesała palcami swoją blond grzywkę, aby nieco się rozluźnić. Zawsze tak robiła, gdy czuła się niekomfortowo.
            –  Nay? Nay, wszystko w porządku?
            –  Co… co Daniel Zabini tutaj robi? –  spytałam, odzyskawszy utracony ze zdumienia głos.
            Daniel miał dość trudną historię. W przeciwieństwie do swojego przyrodniego brata Zandera był czarodziejem pół-krwi oraz owocem romansu Blaise’a Zabiniego i jakiejś mugolskiej supermodelki. Choć nie miał na to wpływu, przez swoje pochodzenie nie tylko był wyśmiewany w społeczeństwie arystokratów, ale sam jego ojciec się go wstydził, jakoby to on miał być przyczyną złej reputacji rodziny Zabinich. Nieważne, że to ich ojciec na nią zapracował.
            Izzey pokiwała głową ze zrozumieniem i cicho westchnęła.
            –  Ciężka sprawa. Stary Zabini zagroził Danielowi, że jeśli ten nie znajdzie pracy to go przestanie utrzymywać.
            –  Że co?! Ale… ale przecież to jest jego syn! I to jego wina, że wskoczył nie do tego łóżka co trzeba!  –  ostatnie słowo niemalże wykrzyczałam z przejęcia, zwracając na siebie uwagę kilku zajętych dotychczas rozmową klientów.
            Nie cierpiałam tego typu sprawiedliwości. Jak on tak mógł?! Zander wcale nie musiał pracować, miał rodzinną fortunę w kieszeni, a Daniel? To on miał odpowiadać za błędy ojca? Przecież to jakaś paranoja. To ja sprawiam kłopoty moim rodzicom a oni mimo to nigdy nie zagrozili wydziedziczeniem. A pan Zabini?
            Z ulgą oparłam plecy o siedzenie i pokręciłam głową.
            –  To chyba jakiś żart. Muszę pogadać z Danielem.
            –  Nie! –  syknęła Izzey, chwytając mnie za rękaw. Pośpiesznie usadziła mnie z powrotem na krześle i pokręciła głową, jakby dla podkreślenia swojego sprzeciwu –  Nay, nie. On nie chce żadnej litości. Myślisz, że chciał podjąć tutaj pracę? Gdy się dowiedział, że to my ją załatwiłyśmy, nie chciał jej przyjąć. Gdyby nie moja matka, w ogóle by jej nie miał. Dlatego proszę, nie rozmawiaj z nim. On nie chce litości, zwłaszcza od nas.
            –  Ale to nie fair –  stwierdziłam, odwracając głowę w jego stronę, podczas gdy on spokojnie czyścił ladę, co rusz odsuwając zbłąkane kosmyki z twarzy –  To nie on ponosi winę za przewinienia starego Zabiniego. Czemu on nie może tego pojąć?
            –  To są arystokraci, oni się nie przyznają do błędów. Poza tym –  tu zaczęła mówić wręcz konspiracyjnym szeptem–  słyszałam od Lindsey, że w ogóle jego ojciec miał zostać wyrzucony z tej elity. Został tylko dlatego, bo zgodził się na małżeństwo z tą Dafne Greengrass no i z powodu Zandera. Dla nich ktoś taki jak Daniel Zabini nie istnieje.
            –  To okrutne.
            Izzey wzruszyła ramionami.
            –  To niestety jest świat arystokratów, mała. Więc proszę, nie rozmawiaj z nim póki co. On nie chciał, aby ktokolwiek wiedział, że tu pracuje a świadomość, że ty i Isai wiecie, bynajmniej mu nie pomaga. Możesz to dla mnie zrobić?
            Przez chwilę się zawahałam. Nigdy nie miałam nic do Daniela, całkiem go lubiłam. Uważałam, że nie zasłużył na taki los i chciałam mu pomóc, jakoś go pocieszyć. Jednak z drugiej strony Izzey miała trochę racji: mówienie mu o jego niedoli bynajmniej nic tutaj nie zmieni. Może tylko co najwyżej pogorszyć.
            –  Dobra, niech ci będzie. Ale wątpię, że to pozostanie tajemnicą. Wystarczy, że któryś z drugoroczniaków go zobaczył.
            –  Najważniejsze, aby Scorpius się o nim nie dowiedział. Mogę cię o to prosić?
            –  O nie rozmawianie z tą tlenioną fretką? Z rozkoszą –  odpowiedziałam, zdobywając się na krzywy uśmieszek. Ostatnie czego bym chciała to rozmowa z tym zadufanym w sobie kretynem.
            Ale czy praca tutaj pozostanie słodką tajemnicą Daniela? Szczerze w to wątpiłam. Nie miałam zamiaru ponownie poruszać tego tematu, zwłaszcza że właśnie Isai i Iris wołali nas do swojego stolika. Z cieniem smutku pozostawiłam za sobą sprawę Daniela i postanowiłam cieszyć się ostatnimi dniami wolności przed wyjazdem do Hogwartu.





Witajcie kochani! O to pierwszy rozdział mojego wspaniałego fan fiction. Zaczęcie go zajęło mi naprawdę długo, dlatego mam nadzieję, że Wam się spodobał i zostaniecie tu na dłużej :)
Od razu ostrzegam, że cały blog jest w budowie. W bocznym pasku możecie znaleźć ,,informator'' (później zmienię jego nazwę) w którym znajduje się parę uwag na początek i w którym będę informować was o prawdopodobnej dacie publikacji nowego rozdziału. Notki będę co prawda starała się pisać raz na miesiąc, jednakże będą one dodawane raczej nieregularnie, ponieważ jestem tylko człowiekiem i mam niestety inne swoje sprawy na głowie. W dodatku bardzo bym chciała przeprosić za formatowanie tekstu, ale blogger nie chce ze mną za bardzo współpracować. Cóż, taki jego urok.
W każdym razie, mam nadzieję że zostaniecie tutaj na dłużej. Serdecznie zapraszam do komentowania i do następnej notki!

3 komentarze:

  1. Dzięki za info;)
    Cudowny rozdział...
    Ta... Muszę wracać do angielskiego...
    W takim bądź razie weny życzę i pozdrawiam:*

    OdpowiedzUsuń
  2. Trafiłam tutaj dzięki publikacji na Stowarzyszeniu Księcia Półkrwi i zamierzam zostać na dłużej. Bardzo zaciekawiło mnie Twoje opowiadanie. Podoba mi się Twój styl, poprawność językowa, stylistyczna, interpunkcyjna - jednym słowem przyjemnie mi się czytało. A i pomysł jest ciekawy i oryginalny, co zachęca jeszcze bardziej. Czuje się zaintrygowana Twoją opowieścią i będę ją śledzić z zapartym tchem.

    Pozdrawiam!

    Addie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I dzięki takim komentarzu czuję, że moja pasja ma sens. Bardzo dziękuję, mam nadzieję, że zostaniesz tutaj na baardzo długo. Dziękuję i pozdrawiam serdecznie :D

      Usuń

Jeśli coś ci się nie spodoba=napisz
Jeśli coś ci się spodoba=napisz
Jeśli masz jakieś obiekcje, sugestie= napisz
Każdy komentarz jest dla mnie ważny, dlatego prosiłabym o szczere opinie, nawet te z uwagami (ale oczywiście ma być to opinia konstruktywna, poparta dowodami). Dla ciebie to jedna minuta a dla mnie to dodatkowa zachęta do pisania.
Od razu mówię, że nie bawię się w obs za obs czy kom za kom. Proszę także o nie kopiowanie oraz nie podawanie linków w komentarzach pod opowiadaniem, ale w zakładce spam wraz z opisami (tak, czytam tą zakładkę xD). Komentarze pt.,,Fajne, zapraszam do mnie'' zostaną usunięte.
Z powodu problemów z botami, weryfikacja obrazkowa jest włączona. Mam jednak nadzieję, że was to nie zrazi do pisania komentarzy. Z góry pozdrawiam

Template made by Calumi